Menu

Nasycenie Esencją

Punkt widzenia różny od trendów przewodnich. Komentarze dotyczące polityki, obyczajów, socjologii. Własna twórczość artystyczna.

Autobus.

plandnia

„Autobus”

 

To nie była najnormalniejsza w świecie sytuacja. Wyszedłem z domu od rodziców i spieszyłem się na autobus, żeby zdążyć w godzinę dojechać z jednego, na drugi koniec miasta. Nazajutrz czekała na mnie praca, a przez ostatnie trzy dni pomagałem tacie przy remoncie. Ojciec postanowił przemodelować łazienkę – zmienić płytki i wymienić rury kanalizacji.

Wracałem. Lubię od zawsze ten kolor nieba, tak jasny nienaturalnie w okresie lata. Godzina była około dwudziesta druga, a ja miałem chyba dwie po autobus. Wpadłem w pośpiechu do stojącego na pętli, zaraz miał ruszać. Wpadłem szybko i teraz musiałem stawić czoła oczekiwaniu. Wiesz jak to jest, kiedy czas nagle zwalnia? Przecież nic się nie zmieniło: u mnie już było dwie po, a na zegarze autobusu dopiero dwudziesta druga, ale przecież czas sam, w swojej istocie nie zmienił rytmu, czyż nie? Niestety muszę się z Tobą zgodzić, tak zawsze jest i tego wieczoru też tak było. Bez zmian szczególnych w konstrukcji wszechświata. O ile mi wiadomo, oczywiście, bo może we wszechświecie coś uległo zmianie, ale tutaj, na Ziemi... to ja nie wiem. Nie dostrzegłem zbyt wiele. Wpadłem tylko w pułapkę iluzji, że kiedy zderzyć ze sobą pośpiech z oczekiwaniem, to nagle czas wypada inaczej, różnie od tego, jak go sobie imaginujemy. Pewnie Einstein mógłby tu zabłysnąć teorią względności, a tak na serio: rzeczywiście wszystko, do czego mamy jakikolwiek stosunek jest relatywne. Zawsze coś do czegoś, coś z jakiegoś punktu widzenia. Już nie wiem nawet kto, ale powiedział, że do wszystkiego można dorobić właściwą filozofię, tylko, czy na pewno o to w życiu właśnie chodzi?

Ruszyliśmy. Za mną siedział chłopak, rudy ze spojrzeniem świdrującym, nie wiem wcale czy z racji swojej rudości taki charyzmatyczny?, ale go zapamiętałem. Tak się patrzył, jakby mnie znał skądś i ja też przez te jego wejrzenie we mnie, również poddałem się myślom: skąd ja go mógłbym znać? Ostatecznie wyszło na nie. Nie znałem go i kropka. Nieważne.

Jeszcze się troszkę ściemniło, kiedy autobus wężykiem dojechał do drugiego przystanku, a u mnie w głowie zamiast wspomnień o moim rodzinnym osiedlu, kącie, który przewędrowałem wzdłuż i wszerz, raczej pustka. Zimna obecność. Tak po prostu. Żadnych emocji. Dalej jeszcze zapuścił się ten mój szklany przewodnik i można powiedzieć w głowie pustka. Sam nie wiem, jak dotarłem na drugi brzeg Odry, jak znalazłem się już tam, gdzie znaleźć się miałem? Nie wiem i nie wiem na co zwalić tę niepamięć, czy na zmęczenie, czy rozmarzenie? Może tak urzekł mnie wjazd do miasta po moście, gdzie w godzinach wieczornych światła szklą się na rzece wzdłuż bulwaru, różnokolorowo migoczą wabiąc podróżnych do miejsc rozrywkowych i atrakcyjnych? Kręcą się tam rozmaite osobistości, w grupach, parach, czy nawet samotnie.

Niezbyt długo staliśmy na czerwonym i już Wyszyńskiego. Trzeba szybko wysiadać. Z przystanku dla linii pośpiesznych na drugą stronę ulicy, do przystanku dla zwykłych, tam gdzie jest 75. Ciemność już zapadła, ale tutaj, na dole, pomiędzy blokami, kamienicami i drzewami, ludzie wybudowali latarnie wzdłuż ulic i noc prawdziwa nigdy nie ma wstępu do kamiennej siedziby człowieka.

Zaczął mrzeć deszcz bardzo swobodny, lekki. Deszcz prawie mgielna wilgoć tylko. Dżdżył niespecjalnie mocząc, akcentował jedynie swoją obecność. Ruch na ulicach, ludzie wracali z pracy, z odwiedzin, różnych takich. Jakaś znajoma twarz w tłumie, machnięcie ręką, cześć. Przed moim autobusem przyjechał 61 i rudzielec nim właśnie pojechał, jeszcze na pożegnanie posyłając mi spojrzenie znów nie wiem, czy badające, czy takie tam tylko? Może na wszystkich tak patrzył? Tak wyraźnie i z pytaniem?

Wsiadłem do 75, zająłem miejsce przy oknie. Deszcz nie wezbrał, ale widziałem kogoś z parasolem. Ciepło było, ale teraz jeszcze cieplej. Dużo współpasażerów. Miałem taką refleksję o widnokręgu: czy granicą naszego człowieczeństwa jest to jak daleko sięgamy zmysłami? Bo przecież nie zawsze sięgamy daleko… Wszechobecne krople opływały kształt autobusu, zatrzymując się na dachu i blaszano szklanych ściankach, na drzwiach i oknach. Bardziej miałem wrażenie, że to nie opad, tylko pył, jakby na ulicę spadła chmura zupełnie nie tracąc swojej formy, taka zawiesina, ale brakowało mgły, przejrzystość była dobra.

Siedziałem przed czwórką, a właściwie „za”. Twarzą do mnie zwrócona dziewczyna opowiadała przyjaciółce coś, jakiś dzień w pracy, czy może relacje pomiędzy pracownikami w biurze? Ładna, młoda, energiczna z pierwszymi rysami zniekształcenia… Człowiek, który zaczyna, idzie na studia, później do pracy, ktoś taki jest pełen energii, pozytywnie nastawiony do świata, taki optymista. Wiesz o co mi chodzi? Nieskażony! Właśnie, a potem, jak dostanie za swoje, albo i za czyjeś, raz i drugi, to powoli ma dość. Tylko, że nie odejdzie, zostanie i wtedy uodparnia się. Wszystko już widział, nabiera podwójnej głębi, jest fachowcem, bingo! Profesjonalistą, a w głębi ducha ma to wszystko już gdzieś, co nie? Widzę, że i tutaj się zgadzamy. Ostatnio byłem w Energylandii, tak, tam w Zatorze, co jest reklama w telewizji, zgadza się. I wiesz co? Było dokładnie jak tutaj. To widać po oczach, jak się ludzie zmieniają. Ci rodzice z dziećmi. Niewinne bachorki latają, cieszą się, są zachłyśnięte chwilą, jeszcze ci młodzi, albo już całkiem starzy to nie mają w głowach aż tak źle. Najgorsi są tacy około 35 i do 60. Przemęczeni, zdesperowani, mają dosyć. Jasne, że nie wszyscy. Tylko, że dużo jest właśnie takich, a jak więcej, to się mówi, że wszyscy.

Tak wtedy pomyślałem, w tym autobusie to jest tak jak i tam, znaczy, że to już nie jest teza tylko, ale chyba stała jakaś, jakieś prawo.

Co by nie gadać, jechałem tym autobusem, zwłaszcza ten odcinek między Turzynem, a 26. Lipca, albo i Osiedlem Przyjaźni: taki długi. Myślałem – przecież nie jestem autobusem, to, że w nim siedzę wcale nie znaczy, że nim jestem… a czy to, że siedzę w moim ciele znaczy, że nim nie jestem? Niedorzeczne by było uznać mnie w tej chwili za część autobusu. Jest nas, pasażerów już trochę, dajmy na to z pięćdziesiąt osób i my wszyscy, jako pasażerowie możemy być uznani za, nie wiem, „ładunek” na przykład, ale za część? Nie.

Dziewczyna się speszyła, bo odwróciłem głowę w jej stronę, spojrzenie ludzkie ma w sobie magnetyzm, przyciągnęła mnie na krótką chwilę. Właściwie wtedy dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że ona w ogóle tam siedzi całkiem niedaleko. Tylko czemu tak mi się przyglądała? Miałem na sobie, na głowie czapkę z prostym daszkiem, czy to takie niezwykłe? Jestem przystojny, ale i ona ładna nawet bardzo, szatynka z urodą lekko cygańską, to co? Miałem coś na nosie?

Na Osiedlu Kaliny przysiadła się do mnie blondynka i kogoś mi przypominała. Same dziewczęta z przodu autobusu, a nie: po drugiej stronie na czwórce same dziadki, dwa i babcia.

Dobra, o czym to ja? Aha. Już wiem. Nie jestem autobusem, tak. To o to mi chodziło. Brakowało mi jakiegoś orzeźwienia, bo tak – mgliście, chociaż nie mgliście  – ciemno, ale trochę jasno, deszczowo, lecz i ciepło. Potrzebowałem czegoś, jakiegoś, dajmy na to, pioruna. Coś by pękło (niebo). Wiatru i tak bym nie poczuł w szklanej skrzynce toczącej się po ulicach jak statek na asfaltowej rzece, ale mimo wszystko gdzieś na granicy poznania zanotowałbym odbój tej chwili. Na razie na taki się nie zapowiadało.

Blondynka koło mnie stukała w ekran smartfona i odwracała się do swojego chłopaka.

O! Chłopak też tam bym, czyli nie same dziewczyny! Dobra. Już. Dalej, za Derdowskiego, tam co się przez Żwirki i Wigury jedzie w stronę Wernyhory, zastanawiałem się, czy ta dziewczyna z naprzeciwka, co na mnie zerkała, a nawet miała dłuższe przestoje w obserwacjach, co w pewnym, próżnym sensie mi schlebiało, nie czyta w myślach? Na tę krótką chwilę zdębiałem, bo blondynka wysiadła i po drugiej stronie, vis a vis siedział taki pan, na oko gdzieś 60 wzwyż. Jak tylko pomyślałem swoje on drgnął, jakby poruszony, jakby… – zdemaskowany? – pomyślałem.

Przypominał mi mojego pana od Poetyki, doktora Jarzębowskiego, którego na pierwszym roku tak bardzo się wszyscy bali, a jak doszło do zaliczeń, to był najbardziej fair, albo może prawie? Był ok. Dobra, już trochę się wściekłem, że tak powoli jechaliśmy, bo chyba nigdy nie skończę opowiadać tej historii. Ten autobus się tak wlókł powoli, przecież można by szybciej.

Spojrzałem na komórkę, już dwadzieścia minut jechaliśmy. Przejechaliśmy obok Sądu Apelacyjnego, przystanek na Wernyhory i ta „Cyganka” nie wysiadła, czyli… co mnie to obchodzić mogło? Zacząłem myśleć, czy jest to możliwe, że ten skrzyniowóz wiózł w tamtej konkretnej chwili tych wszystkich ludzi naraz, jednocześnie i w każdej głowie były, nie no ja wiem, że nie takie same przecież, ale, że w ogóle, myśli? Takie przez większe „M”, przez wielkie, bo „większego” nie ma.

W każdym umyśle toczyły się tabuny? A ile razy jest tak, jak wcześniej, jak jechałem A, tym pośpiesznym, że nie pamiętam nawet części drogi? Ile wtedy w mojej głowie toczyło się dysput z samym sobą, rozważań, dociekań? Wiem, że byłem usprawiedliwiony, oni w tamtej chwili również… Jakim prawem mogłem uznać, że w ich głowach wtedy nie toczyło się jakieś większe zagłębienie, zadumanie?

– Jakiż to cud! – wtedy do mnie dotarło – że jako gatunek biologiczny, część życia na Ziemi, jako ludzkość jesteśmy jednym, jeśli nie organizmem społecznym, to chociaż podmiotem, nie wiem, zabiegów, procesów, zjawisk?, a osobno, w każdej głowie toczą się bitwy z myślami. Pewnie ktoś mógłby wspominać dzień w pracy, albo na uczelni, ktoś inny, jak i ja wtedy, wspominać ukochaną, do której właśnie zmierzał, albo na przykład mógł się martwić, albo cieszyć, albo zamartwiać, albo nie mógł się doczekać. No, to trochę ze zmęczenia w sumie.

Nagle się otrząsnąłem, dokładnie tak, jak to się robi, kiedy człowiek sobie uświadamia, że prawie nie zasnął, właściwie to człowiek zasypia na ułamek sekundy. Najlepiej to trzeba wtedy się wystraszyć… śmieszne to trochę, albo wstać, czy coś zacząć robić, bo jak nie, to się zaśnie i już! Można przespać właściwy przystanek, albo co gorsza obudzić się w ogóle kto wie kiedy? „Nie śpij, bo cię okradną” – niegłupi powiedział. „Cyganka” jeszcze nie wysiadła. Dalej się gapiła, a jak ja na nią spojrzałem, to udawała, że patrzyła się gdzie indziej. Fajnie. Fajna. No i wysiadłem zaraz, na następnym. Nikt nie usłyszał chyba tych myśli? Z resztą na pewno byli zajęci swoimi, a ja wysiadłem. Zawadzkiego Kościół. Wysiadłem. Wyszedłem po stopniach autobusu. Zmęczony, prawie ospały. Przywitał mnie świeży oddech miasta. Orzeźwienie, stonowanie, wolność wreszcie.

Już można z automatu.

Iść.

 

 

KONIEC

© Nasycenie Esencją
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci