Menu

Nasycenie Esencją

Punkt widzenia różny od trendów przewodnich. Komentarze dotyczące polityki, obyczajów, socjologii. Własna twórczość artystyczna.

Gloria, rozdział 9. (6)

plandnia

Rozdział 9. Egoizm (6)

Koncert w Sunshine Red.

 

Zatrzymali się na chwilę przy dryblasie, niezwykle charyzmatycznym chudzielcu. Uściskali się z George’m, później jakiś blondyn z dredami szepnął mu do ucha:

— Nareszcie stary! Już najwyższa pora, żebyście się pogodzili! — po czym kolejny uścisk. Zastanawiające.

— Łał, ale piękna! — powiedział do niego ktoś z tyłu, ścięty jak Mr. T z drużyny A — gratuluję George’u. — Sam George niewiele kojarzył. Ku zdziwieniu Glorii poruszał się jednak bez problemu, od czasu do czasu, w miarę sposobności popijał. A sposobność była przy każdym napotkanym osobniku. Po zaliczeniu jakichś dziesięciu podobnych przystanków wreszcie zatrzymali się.

— Gloria Wichrzycka! — wypalił Gustav, wstając i zwracając uwagę wszystkich biesiadników zza stołu. Siedzieli na skórzanej, czerwonej, kanapie narożnej. — Jestem zaszczycony, w dodatku pani uroda imponuje dalece mocniej, niż w najśmielszych nawet opisach. — Wyciągnął ku niej rękę.

— Dziękuję — odpowiedziała dziewczyna. Zupełnie nie spodziewała się takiego przywitania. George przy niej wyszedł na małoważnego pajaca. Czy o to chodziło? — Przepraszam, czy my się znamy? — podała prawą dłoń wokaliście. Ucałował jej wierzch, zatrzymując się chwilę i wytężając powonienie, tak jakby nachylił się nad najwspanialszym kwiatem.

— Niebezpośrednio — odparł. Usiedli. — Nawet pani nie podejrzewa, jak wiele o pani słyszałem.

— Skąd? — nadal nie mogła zrozumieć, jakim cudem wielka gwiazda muzyki mogła kiedykolwiek słyszeć o dziewczynie z Defio City? — Mów mi po imieniu, proszę.

— Ok. Gloria, jak już zauważyłaś, ja też jestem panem własnej Historii. Tak to już jest, że osoby naszego formatu rozpoznają swoją obecność, jak mrówki. Częstotliwości tego samego formatu są jak jeden organizm.

— Hmm. To dlatego wyczułam, że to przez ciebie nie wszystko idzie po mojej myśli.

— Dokładnie. Ze mną było podobnie. Zobaczyłem George’a i od razu zrozumiałem, że to nie może być moja własna kreacja. Ja bym sobie tego nie zrobił — zaśmiał się pokazując na towarzysza dziewczyny. Miał już ewidentnie grubo pod sufitem, bo nic sobie nie robił z reakcji osób przy stole. Zaczął recytować wątpliwej jakości dzieło sztuki. Najpewniej własnego autorstwa.

— Cóż, sztuka wymaga ofiar! — dziewczyna odpowiedziała cytatem z piosenki swojego rozmówcy. Wszyscy zgromadzeni przy stole zarechotali. Było tam kilkanaście osób.

— Znasz już mój zespół? — zapytał Gustav. Zaczął wymieniać imiona, wskazując na kolejnych chłopaków. Przy każdym znajdowała się jedna, lub więcej dziewczyn. — Denisa już znasz, on właściwie nie jest naszym członkiem, ale kimś jakby stowarzyszonym. Ok. To jest Hoover Dead, tamto Gutman, to El-Dżi, a ten straszny to Strzygi. Musisz mu zawsze mówić w kilku osobach, bo on nie jest jeden — Gustav przy tym zrobił gest, wskazujący na nienormalność kolegi.

— Jeszcze ja! — usłyszeli głos z boku. Należał do młodego chłopaka, lekko piegowatego, urodą przypominał Brada Pitta.

— A no tak, to nasz nowy gitarzysta, Bernard — w ciele Glorii przebiegł krótki, elektryczny dreszczyk.

— Cześć — podała mu rękę.

— Hej. Miło mi cię poznać. Widziałem cię już wcześniej — nieco zaskoczyła ją jego bezpośredniość.

— Naprawdę? — zapytała.

— Owszem. Nie jestem jeszcze tak popularny jak Gustav, więc korzystam. Byłem na sali Sunshine Red przed naszym występem. Przyglądałem ci się.

— Doprawdy? — teraz całkiem zbił ją z tropu. — Dlaczego mi się „przyglądałeś”?

— Bo jesteś piękna — jego bezpośredniość tym razem niemal ją zawstydziła. Takim właśnie go stworzyła. Seksowny artysta z duszą romantycznego chłopca, prawdziwy mężczyzna z wrażliwością i klasą. Była zadowolona z tego spotkania.

— Może zaprosisz mnie na drinka?

— Czemu by nie? — na jego słowa pozostali członkowie zespołu zawiwatowali. W ogóle, cała rozmowa była komentowana gestykulacją Gustava, westchnieniami i śmiechami ekipy przy okazji każdej wypowiadanej kwestii. Zarówno Gloria, jak i Bernard, zupełnie nie zwracali uwagi na ich reakcje. Poszli razem do małego stolika, odpowiedniego akurat dla dwóch osób.

— Nie przejmuj się nimi, są jak małe dzieci. Jestem z nich najmłodszy, ale czasami mam wrażenie, że to ja jestem jedyną odpowiedzialną osobą w całym towarzystwie — mówił chłopak.

— George też był z wami, prawda? — zapytała Gloria. Jej uroda dosłownie olśniewała. Sama dobrze rozumiała, że Bernard może mieć poważne trudności ze skupieniem uwagi na rozmowie. Mimo wszystko nie zawiódł jej. Podobało jej się, że jest twardy.

— Gustav napruł się kiedyś tak bardzo, że zwymyślał dziewuchę George’a. Jakoś ją tam jeszcze do tego ścisnął za gardło, czy coś w tym stylu. W sumie to nie wiem, bo słyszałem o tym tylko z opowieści Strzyg. Podobno przeprosił go dwa razy, tą dziewczynę też, ale nie pomogło. Pogniewali się na siebie na śmierć i życie. George za zniewagę, z którą nie mógłby żyć bez zadośćuczynienia, Gustav sam na siebie, za to, jak sam powtarza, że „dopuścił się stworzenia takich okoliczności”.

— A co ty o tym sądzisz?

— Wiesz co? Każdy rodzaj relacji po czymś takim jest trudny, wydaje się nie do przeskoczenia. Według mnie tylko się takim wydaje. Każda trudność, a zwłaszcza impas, niemoc jest do przezwyciężenia na drodze podjętych wysiłków. Potrzebna byłaby dobra wola obu stron. Zwłaszcza w przypadku Gustava tej woli nie ma i nie sądzę, żeby była kiedykolwiek.

— Myślałam, że to George odrzucił wszystko, przeprosiny, uniósł się dumą, posłuchał się dziewczyny, zamiast uwierzyć kumplowi i szukać jakiegoś sposobu na rozwiązanie sprawy.

— Jasne. Na początku też tak myślałem. Wiesz, poznałem chłopców, zaczęliśmy razem grać, wtedy nawiązuje się więź, to jest coś metafizycznego, inny rodzaj relacji niż w rodzinie, czy w zwyczajnej przyjaźni. Łączy nas sztuka, potężny duch spełniania zamiarów.

— Ok. Rozumiem.

— To dobrze, bo nie wiem, czy umiałbym ci to wyjaśnić bardziej dosłownie — podrapał się w głowę. — Chyba nie — skinął do kelnerki i zamówił dwa piwa. — No i jak ich tak już poznałem „od podszewki” to zrozumiałem, że Gustav nie może tego wybaczyć George’owi, nawet gdyby bardzo chciał. Co najważniejsze, George odrzucając przyjaźń i przeprosiny kumpla pokazał mu, jak bardzo nim gardzi, jak bardzo nieważny w jego oczach jest cały Kapitan Ramzes. Odrzucił ekipę, sam sobie zadał cios. Wiesz, Gustav czasami, jak się napije, to zawsze mówi o nim „przyjaciel”, ale po chwili dodaje, że to „wróg”, często też nazywa George’a „samobójcą”.

— Czy on naprawdę…?

— Tak. Kiedyś chciał się zabić. Od tamtego czasu minęły wieki, ale spójrz gdzie dzisiaj jest Gustav, a gdzie George? Wydaje mi się, że Gustav rzeczywiście może sprawić, że George w końcu nie wytrzyma. Najbardziej żałosne jest to, że odkąd rzuciła go tamta dziewczyna, wszystko mu się sypie, za to Gustavowi wiatr wieje ciągle w żagle. Jest jak buldożer. Nic nie może się z nim mierzyć.

— Czyli teraz ten cipek przychodzi z przeprosinami, a Gustav nie chce go nawet wysłuchać?

— He, he. To zabawne, ale właśnie tak nazywamy George’a w zespole. Cipek. Tak właśnie jest. Słaby i targany wiatrem lgnie do mocnego. Sukces jest jak magnes. Każdy chciałby być przy jednym stole z Kapitanem, bo u bogatego coś zawsze skapnie. Gustav to też rozumie. George nigdy nie przyszedłby sam z siebie. Jest żywym przykładem na to, jak ślepa duma, zawiść i mentalne uwiązanie w goryczy, potrafią zniszczyć wszystko, nie tylko w głębi: rozumie, sercu i duszy, ale również, z taką samą mocą w rzeczywistości materialnej. George jest teraz skarloną wersją samego siebie. Brak mu pewności siebie, jego związki to katastrofa, nic już nie mówiąc o tym, że nigdy nie pokona muru osiągnięcia popularności, albo nawet dobrobytu. Jest swoim własnym skazańcem, a wykończył go zwyczajny brak przebaczenia.

— W takim razie, dlaczego Gustav jest absolutnym przeciwieństwem George’a? On też mu nie przebaczył, a u niego wszystko rozkwita, jak to się dzieje?

— Myślę, że Gustav jest mądrzejszy. Zawsze był i nawet George to wie, czuje to w kościach, chociaż nigdy się do tego nie przyzna. Gustav wybaczył George’owi już dawno. Nabija się z jego niemocy, ale nic ponadto.

— To dlaczego mu nie wybaczy, kiedy ten się u niego zjawił z przeprosinami?

— Bo George tu dzisiaj przyszedł tylko dlatego, że jest nawalony i bardzo by chciał z tym skończyć. Nie ma na tyle jaj, żeby przyjść do Gustava na trzeźwo i się wyspowiadać. Gustav też rozumie to, że George wymaga przemiany. Niestety jego wybaczenie nic w tym nie pomoże, tylko pogorszy sprawę.

— Dlaczego?

— George musi zrozumieć, że chowanie urazy powoduje nieszczęścia w jego życiu. Nie może otrzymać przebaczenia, dopóki sam realnie nie przebaczy. Musi wiedzieć, że wybacza tak naprawdę sam sobie, że tylko harmonia wewnętrzna ma jakąkolwiek moc i potencjał.

— Nadal nie rozumiem dlaczego Gustav by mu zaszkodził przebaczeniem?

— Serio? Chcesz znać moją opinię? Gustav jest lata świetlne za George’em, a właściwie przed. Myślę, że George chce przebaczenia, bo widzi wielkość swojego dawnego przyjaciela. W jego postępowaniu nie ma niczego innego ponad ten sam schemat, który każe żebrakowi prosić bogatego o jałmużnę. Nie stanie się od niej bogatszy. Oczywiście nie chodzi mi o kasę. Chodzi o duchowość. George jest duchowym bezdomnym.

— Już wiem w takim razie co nieco o tych dwóch. A co ty mi powiesz o sobie?

— Ja dużo się uczę od kolegów z kapeli. Wiesz, nie chodzi mi o grę na instrumentach. Rozwijam talent muzyczny, zdobywam bezcenne doświadczenie, to jasne. Poza tym jednak dużo się dowiedziałem od ekipy. El-Dżi to taki poeta, uczy mnie wrażliwości i wykorzystywania jej jako atutu w codzienności. Hoover Dead to mistyk. Wierzy, że we wszystkim jest tylko dobro, a naszym zadaniem jest jak najlepiej poradzić sobie z jego odkrywaniem. Strzygi to gość od czarnej roboty. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Czasami wydaje mi się, że mógłby swoją energią rozwalić cały świat. Na końcu jest Gustav. Nasz Duch Święty i Ojciec. Ten gość ma niezwykłą umiejętność. Samą tylko charyzmą łączy nas wszystkich w jedność. Potrafi ogarnąć nadpobudliwość Strzyg, nie pozwala odpłynąć Hoover Dead’owi w świat medytacji i ezoterycznych fantazji, ani El-Dżi’emu w jakiś trans twórczy — zdecydowanie, ten chłopak robił coraz lepsze wrażenie. — Zatańczymy? — zapytał, a ona poddała się jego propozycji bez najmniejszego zawahania. Dopiero teraz zauważyła, że na środku, pomiędzy stolikami, lożami i alkierzami zrobiono trochę miejsca, a tocząca się leniwie spokojna muzyczna atmosfera zaprosiła do kołysania się w objęciach facetów nie jedną już dziewczynę. Było wspaniale. W ramionach Bernarda czuła się leciutko i jakoś tak nad wyraz bezpiecznie. Niczego nie musiała się obawiać w jego towarzystwie. Jednym okiem dostrzegła, jak Gustav i George rozmawiają. Drugi z dawnych przyjaciół płakał.

— Nie mogę puścić w niepamięć tego, że się mnie wyrzekłeś. Wiesz ile razy potrzebowałem przyjaciela, wtedy, kiedy przeżywałem najtrudniejszy etap mojego życia? Było mi naprawdę ciężko — mówił Gustav. — Nie mogłem zrozumieć, jak mój nieświadomy czyn mógł zostać przez ciebie odebrany jako zniewaga absolutna? Najpierw sądziłem, że twój gniew minie po kilku latach, starałem się zaakceptować we mnie twój wizerunek nie-przyjaciela. Dzisiaj nie przychodzisz do mnie jako dawny brat, ale jak kundel, który nie ma gdzie się podziać. Nie George, nie będzie spektakularnego ułaskawienia. To ty musisz zrozumieć, że przebaczając mi, wybaczasz samemu sobie. Dopóki tego nie będzie, nie przychodź do mnie.

Gloria jeszcze widziała, jak George, zanosząc się łzami szuka zrozumienia u dryblasa, blondyna z dredami i jednego z ochraniarzy. Te ich narady, półszeptem prowadzone rozmowy, przypominały dziewczynie bezsilność diabłów, które muszą się zmierzyć z wiążącym wyrokiem Pana Boga. W każdym aspekcie i wymiarze ich działań górował nad nimi duch Kapitana Ramzesa z najbardziej charyzmatycznym liderem, jakiego Gloria spotkała w całym swoim życiu. Z Gustavem.

Z resztą nie skupiała się na nich jakoś szczególnie. Od czasu do czasu tylko zerkała, bo nieco współczuła George’owi. Rzeczywiście pasowało do niego określenie „cipek”. Nie był zbyt pewny siebie, ani nawet fajny, ale symbolizował coś istotniejszego w Historii dziewczyny. Ukazywał cały ogrom ludzkich istot nieświadomych własnego potencjału. A przecież każda jednostka posiada takie same, niczym nieograniczone możliwości! Wciąż jest jednak tyle ofiar, oferm i zwyczajnych fajtłap, których niepowodzenia są skutkiem najzwyklejszego lenistwa, niechęci do zmian oraz wygodnego poddania się strachowi, przy jednoczesnym utrzymywaniu stanowiska, że są najmądrzejszymi istotami świata! Wielkie nieba! Ezdra miał rację! Każdy człowiek powinien, jako pierwszy krok ku własnej doskonałości, uznać siebie za Małego Głuptaska, który o niczym nie wie. Może wtedy takie głąby jak George znalazłyby wreszcie odpowiedź na pytanie: dlaczego nic nie idzie po ich myśli?

C.D.N.

© Nasycenie Esencją
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci