Menu

Nasycenie Esencją

Punkt widzenia różny od trendów przewodnich. Komentarze dotyczące polityki, obyczajów, socjologii. Własna twórczość artystyczna.

Gloria, rozdział 9. (7)

plandnia

Rozdział 9. Egoizm (7)

Koncert w Sunshine Red.

 

Przetańczyli kawał nocy! Po paru lekkich balladach muzyka zabrnęła w stronę szalonych hitów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych! Gloria poddała się zabawie. Dużo później wrócili do swojego stolika. Oboje byli mocno spoceni i rozpromienieni szaleństwami dyskoteki.

— Nie powiedziałeś za wiele o sobie — stwierdziła Gloria.

— Za to ty nie powiedziałaś mi nic — odparł całkiem z resztą słusznie Bernard.

— A co byś chciał wiedzieć?

— To może ja powiem coś o tobie? Co ty na to?

— Niech będzie, to może być zabawne — uśmiechnęła się. Nikt nigdy jej niczego podobnego nie zaproponował. Stwierdziła, że ten gość musi być rzeczywiście niesamowity. Naturalnie, sama go sobie wymyśliła, ale tak naprawdę to był przecież całkiem autonomiczny móżdżek, z pewnością pod ogromnym wpływem charyzmatycznego Gustava. Fascynująca osobowość ten Bernard.

— Nazywasz się Gloria Wichrzycka. Masz 25 lat, jesteś piękna, przebojowa, wszystko co posiadasz przychodzi ci w życiu łatwo. Nie ma niczego, ani też nikogo, kto sprostałby twojej ekspansywnej naturze, dorównałby ci błyskotliwością, lub zdołał cię do czegokolwiek zmusić. Jesteś niezależna, a nawet więcej: chlubisz się tym, że zbudowałaś siebie właśnie taką, jaką jesteś. Inni mówią o tobie „suka”, ale nie ma faceta, który byłby obojętny na twój najmniejszy kaprys, ani dziewczyny ze spokojem podchodzącej do rywalizacji z tobą.

— Widzę, że zaczerpnąłeś języka? — skomentowała cierpko Gloria. Dokąd zmierza ta rozmowa?

— Sporo tu studentów z twojej uczelni. To prawda, zapytałem jakie budzisz skojarzenia. To było zabawne doświadczenie. Dokąd? Ty mi powiedz. Naprawdę jesteś zimną suką, która po trupach idzie do celu?

— Dziwne pytanie jak na spotkanie zapoznawcze. Jestem ostra. Dla siebie bardziej niż dla innych. Mam cel. Chcę odnieść w życiu sukces. Nie interesują mnie niepowodzenia, nie mam zamiaru siedzieć gdzieś za dziesięć lat i myśleć, „co by było gdyby?”, albo co gorsza, znając swoje możliwości usilnie forsować myśl, że mogę wszystko, podczas gdy w rzeczywistości nie robiłabym nic ku realizacji jakiegokolwiek przedsięwzięcia. Nie Bernardzie, to nie są moje drogi. Kiedy miałam pięć lat, mój ojciec odszedł. Jan założył swoją nową rodzinę. Nie chciałam go znać! Skrzywdził mnie i mamę. Nawet nie wiesz, jak bardzo zranił całą moją rzeczywistość, napiętnował swoim kaprysem, pogrążył, zdeptał. To odrzucenie czułam aż do szesnastego roku życia. Dopiero wtedy uznałam, że nienawiść jest gotowa, aby stać się jedynie niechęcią, wyniosłą i dumną pogardą. W tym roku przeżyłam śmierć kliniczną. Wybaczyłam wszystkim, ale w końcu zrozumiałam, że nie mogę tego zrobić. To tak, jakbym zrezygnowała z samej siebie, jakbym uznała ich za upośledzonych. Takich, którzy sami nie potrafią decydować o sobie.

— Widziałaś Boga? — zapytał z wytrzeszczonymi oczami. — Wiesz, pierwszy raz spotykam kogoś, kto był po drugiej stronie, nie zrozum mnie źle.

— Spoko — zaśmiała się. — Ja chyba też muszę przywyknąć do tego, że jestem taka wyjątkowa. Nie wiem, czy widziałam Boga. Na pewno widziałam światło, coś jak w tych wszystkich relacjach o tunelu, wiesz o co chodzi. — Chłopak skinął głową, że doskonale rozumie, więc mówiła dalej. — A później była taka informacja, nie głos, ani nic, taki sygnał, jakby impuls. „Jeszcze nie czas.” I to wszystko. Jeszcze osąd taki, że nawet każda myśl była szczegółowo rozpracowywana, tak jakby całe nasze życie było kodem zapisu. Wszystko co dobre szło do kupy, żeby połączyć się ze światłością, a reszta ginęła, rozpadała się w czerni. To było strasznie dziwne uczucie, bo wiedziałam, że to, co odpadało i ginęło to też ja. Cały ten kod, zapis filmu, życia, doświadczania, to właśnie sedno człowieka. Kiedy coś szło do jasności, albo ciemności na zniszczenie, miałam stuprocentowe zrozumienie, świadomość, że to jestem ja, rozrywana na strzępy, albo nadające się do połączenia ze źródłem, albo totalnie złe, niewłaściwe śmieci. Najgorszy był strach, że większość przepadnie. Mamy ogromny potencjał, a często przestajemy z niego korzystać, i to w dodatku świadomie!

— Chyba masz rację. Dzięki Gloria — uśmiechnął się. — Nigdy nie miałem okazji na wysłuchanie kogoś dysponującego równie zajmującą i niezwykłą historią opowiadaną na podstawie jego własnych przeżyć.

— Doprawdy? Wydawało mi się, że masz niezwykłych kumpli. Żaden z nich nie dorównuje mi nadzwyczajnością opowieści?

— Tak — Bernard zaśmiał się z widocznym rozmarzeniem. Przypominał jej małego chłopca. Patrzył w punkt, właściwie nie było wiadomo na co dokładnie? Dosłownie, jakby przed jego oczami rozpościerał się zupełnie inny obraz, niż ten, którego doświadczali wszyscy dookoła. Miał piękny uśmiech, a dołeczki w policzkach całkiem rozbrajały system zabezpieczeń Glorii. Miała ochotę na tego chłopca! — Gustav jest niezwykły. Czasami mam wrażenie, że to stary kapeć, jeśli wiesz co mam na myśli? — spojrzał jej w oczy. Jego piwne spojrzenie spotkało się z fascynującym błękitem jej źrenic. Widocznie dostrzegł w nich odpowiedź, bo kontynuował, ona miała ochotę na pocałunek. — Czasami jest ostoją wiary w przyszłość. Wiesz co? Może pójdziemy do niego, on ci na pewno powie więcej niż ja — wstał i podał jej rękę.

— Jasne, czemu by nie? — odpowiedziała całkiem niezadowolona z takiego obrotu spraw. Czyżby się mu nie podobała? Odpędziła od siebie te myśli. Musiałby być gejem, żeby nie budziła w nim pożądania królowa swojej własnej Historii. Znowu zajrzeli do już znajomego alkierzyka.

Zespół szalał, w środku mieli swoją własną imprezę. Kelnerki niemal bezustannie donosiły kolejne kufle, kieliszki i butelki wypełnione najrozmaitszymi gatunkami przeróżnych alkoholi. Dominowała muzyka. Daleko jej było do wytonowanych dźwięków na zewnątrz. Królowało mechano. Oczywiście w wydaniu najmniej znanych gwiazd tego zadziwiająco pokrętnego wynaturzenia muzyki elektronicznej. Gloria rozpoznała Teatr Baran, kapelę, którą ledwo kojarzyła i to zupełnym przypadkiem. Kiedyś Krzysiek jej to puszczał, nabijając się z zawartości twardego dysku Benka. Chłopaki z Kapitana Ramzesa najwidoczniej świetnie się przy tym bawili. Na środku długiego stołu leżał kapelusz wypełniony pozwijanymi w ruloniki karteczkami. Gutman siedział ze stoperem w dłoni. Co minutę jeden z członków zespołu sięgał po kolejną karteczkę, odczytywał na głos toast i cała grupa wypijała kieliszek wódki. Gloria słyszała o tym, że taka zabawa nazywa się „Happy Hour”, ale zawsze używano do tego typu zabiegów piwa i to z reguły możliwie najmniej mocnego. Toasty były możliwie najbardziej irracjonalnymi, często wyrwanymi z kontekstu hasłami, jak na przykład:

— I twoją matkę też! — krzyknął El-Dżi, wychylając kolejny kieliszek wódki.

— Jak oni mogą pić aż tyle? — Gloria nie kryła zaskoczenia.

— Oni są z Polski. — odparł poważnie Bernard. — Gutman, która to już minuta? — zapytał kumpla.

— Czterdziesta piąta — odpowiedział widocznie z siebie zadowolony. — Jesteśmy w historycznej chwili, za kwadrans będziemy mistrzami świata w piciu gorzały!

— Właśnie — dorzucił Gustav. — Wkrótce, każdy kto kiedykolwiek będzie uczestniczył w Happy Hour, będzie musiał wspomnieć o tym, czego tutaj dokonujemy.

— Reszta świata to pedały. Happy Hour piwem? — zaśmiały się Strzygi. — Nie sądzę! — cała kapela zawiwatowała.

— Oni są… — Gloria widocznie nie mogła znaleźć słów.

— Fajni? Super? — próbował pomóc jej Bernard, ale dziewczyna tylko kręciła głową. Nie mogła znaleźć adekwatnego sformułowania, które mogłoby wyrazić jej jednoczesny zachwyt i oburzenie tym wulgarnym, uwsteczniającym, ale jednocześnie ekscytującym procesem pogrążenia w odurzającej magii alkoholizacji.

— Pojebani! — krzyknęła wreszcie. Tylko to jedno słowo odnalazło w jej umyśle drogę do określenia i nazwania tego, na co miała okazję patrzeć. Zespół zarechotał.

— Osiem minut do końca! — krzyknął Gutman. — Brawo panowie, każdy ma już ponad litr na liczniku!

— Po prostu nie mógłbym spać spokojnie — Hoover Dead odczytywał toast — gdyby wrogów roiło się koło mnie! — drugą część toastu wykrzyczeli wszyscy razem łącznie z Bernardem. Na zdziwione spojrzenie Glorii, chłopak tylko się uśmiechnął.

— Jestem częścią Wolfgangu.

— Czego?

— Watahy — zaśmiali się jednocześnie. Dziewczyny wokoło chłopaków dopingowały ich do zakończenia tej morderczej zabawy. Nikt nie zdołałby wyjść cało z tej „gry”. Nikt oprócz Kapitana Ramzesa. Zakończenie wydawało się wspaniałym zwieńczeniem trudnej przeprawy, zbawienną wieścią. Gutman puścił pawia. Reszta kumpli wydawała się nie odczuwać uciążliwości minionej godziny.

— Mogę cię o coś zapytać? — Gloria zwróciła się do Gustava po zakończeniu Happy Hour. — Po co wy to robicie? Nie szkoda wam zdrowia?

— Słuchaj dziewczyno — odpowiedział jej charyzmatyczny lider — przecież my piliśmy na zdrowie, bez tego picia to my byśmy zdrowia nie mieli.

— Ale tak na poważnie. Czemu to wszystko ma służyć? To przecież nie jest, ani poważne, ani normalne.

— Wiesz co to jest normalność? To ty, albo ja. Człowiek jest normalny, kiedy nie kieruje się bezmyślnym egotyzmem, kiedy zachowuje równowagę. Sądzisz, że jakikolwiek artysta był kiedykolwiek normalny?

— Chyba masz rację — zgodziła się z nim. Zrozumiała, że normalność rozumiana jako bezmyślne powielanie tych samych schematów nie jest niczym dobrym. Każdy niuans szeroko pojmowanej obyczajowości jest na dobrą sprawę jedynie narzędziem kontroli, przewidywalności, która prowadzi do uwięzienia umysłów w niewidzialnych twierdzach poprawności.

— Zaczyna się od tego — mówił Gustav — że nie wypada wejść do kościoła w czapce na głowie. Kończy się na tym, że ktoś odgórnie decyduje za ciebie o wszystkim, a każdy przejaw autonomiczności, choćby i wolność słowa, okazuje się jedynie mrzonką i fantazją dla naiwnych. Bo przecież nie wolno wyrażać swojej opinii, kiedy jest sprzeczna z polityką rządu. Ktoś zadecydował, że masz kochać różowych, czarnych, albo czerwonych. Ty nie masz wyboru. Musisz tolerować. To jest przymus, bo jeśli się nie zgodzisz w jakiejś kwestii z ogółem, to możesz dostać po głowie. A nie daj Boże, niech przylgnie do ciebie łatka na przykład komunisty. Koniec. Pozamiatane.

— Cóż. Ciekawie jest w tej waszej Polsce. My w Ajnalumo nie mamy takich problemów już od dawna.

— Tylko ci się tak wydaje. To nie są problemy tylko dlatego, że mało kto jest w stanie je sobie uświadomić. Ja osobiście nazywam je aniołami ludzkości, naszymi opiekunami. Żadna idea nie jest absolutnie dobra — przerwał na chwilę. — A teraz muszę cię przeprosić, czas na zabawę — ruszył w stronę otwartej sali dla vipów.

— Czekaj! — zatrzymała go, chwytając za rękę. — Jak to się stało, że ty masz tę samą zdolność co ja?

— Chodzi ci o tworzenie własnej Historii? Ja mam tę zdolność od dziecka. Widzę, że nie podoba ci się to, co mówię? Nie każdy ma tyle szczęścia co ty!

— Skąd możesz wiedzieć cokolwiek o mnie? — zapytała.

— Jeszcze czasami błądzisz, prawda? Na początku to się zdarza, zwłaszcza przy takich spotkaniach jak nasze teraz.

— To znaczy jakich?

— Dwóch świadomych osób. Zapominasz, że ja jestem w równym stopniu stwarzany przez ciebie, jak i ty przeze mnie, prawda? — uśmiechnął się. — Powiem ci, że jest trochę osób podobnych do nas. Nie zawsze są w pełni świadome wyników i rezultatów swojego myślenia w równym nam stopniu, ale to zawsze coś. Takich „stuprocentowców” spotkałem poza tobą jeszcze dwóch. Kobietę i mężczyznę. Do tej pory, razem ze mną, w mojej Historii pojawiło się aż czterech ludzi, którzy wiedzą i widzą. Dziękuję ci Gloria, to był prawdziwy zaszczyt — ukłonił się przed nią jakby byli w teatrze, jakoś nienaturalnie. Gloria poczuła się nieswojo. Poszedł w swoja stronę.

— Niezwykły facet, co nie? — zapytał Bernard.

— Powiedz mi, bo ja tego nadal nie rozumiem. Gość, który mógłby mieć wszystko i to dosłownie, spija się niemal do śmierci i idzie na imprezę? Coś mi w tym wszystkim nie pasuje.

— To jest ich taki rytuał. Na początku też im się dziwiłem, ale któregoś razu dowiedziałem się od Strzyg, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Gustav któregoś razu ze swoim kumplem, niejakim QLG wypił niewyobrażalną jak na tamte czasy dawkę alkoholu. To było jakieś 6 tęgich browarów na głowę. Każde z tych piw miało 9% i renomę „powodującego lot”. Tak mi to wytłumaczyli — usiedli w opustoszałym alkierzu przy stoliku. — Po tym wyczynie, QLG nie pamiętał jak dotarł do domu, za to Gustav pojechał do klubu na imprezę. Tam spotkał swoją ukochaną, wymarzoną dziewczynę. Na imię jej było Lidia. Przeżyli krótki romans. Trwał całą i okrągłą, jedną jedyną noc. Od tamtej pory Gustav zamienił się w pijaka. Sądzi, że odtwarzając niemożliwy wręcz wyczyn doprowadzi do takich samych okoliczności, w których Lidia znowu się z nim spotka. Jest w tym wszystkim coś romantycznego.

— Raczej szalonego. Jeśli będzie powtarzał takie wyczyny jak dzisiaj z tą wódką, to można mu wywróżyć jedynie śmierć.

— Najlepsze było to, że kiedy Lidia się do niego odezwała, bo oni tak w ogóle wcześniej byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi, to on ją spławił.

— Chciał się zemścić.

— Raczej nie mógł znieść próby przywrócenia wszystkiego do stanu sprzed feralnej nocy. To było w tym samym czasie, kiedy George zrobił z siebie niepełnosprawnego w relacjach międzyludzkich.

— Ta ich przyjaźń też się posypała przez alkohol… teraz rozumiem dlaczego…

— Właśnie. Jak już zacznie pić, to zawsze brnie, byle dalej, żeby tylko się znaleźć na imprezie razem z Lidią i powtórzyć niezwykłe chwile razem.

— A co będzie potem?

— Musisz zrozumieć, że Gustav to artysta. Prawdziwy artysta. On tworzy swój własny świat. On sam jest dziełem Sztuki. On nie dba o to, co może się stać, on dąży do dzieła, żeby kosmos nigdy się nie zatrzymał.

— Głębokie — Gloria uświadomiła sobie, że Lidia z opowieści o Gustavie również musiała posiadać dar kreacji Historii. — Może jednak wrócimy do ciebie?

— Ok.

— Ty też jesteś z Polski?

— Dokładnie ze Szczecina — zachrzęścił w ojczystym języku Bernard.

— Opowiesz mi o twoim kraju?

— To najpiękniejszy kraj na Ziemi. Mamy wszystkie pory roku, kochamy naszą niepodległość. Nasza ojczyzna bardzo dużo przeszła w swojej historii, ale obecnie jest najlepiej rozwijającym się krajem Europy. Wielu mówi, że tylko my jesteśmy w stanie powstrzymać ekspansję imperium Moskali.

— Hmm. To chyba wspaniałe uczucie być z tak starego kraju, który ma swoje tradycje, tożsamość i narodowego ducha?

— Dokładnie tak. To wspaniałe. Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy do władzy doszła partia Wolność i Niepodległość. Jako jedyni sprawiali wrażenie wiarygodnych po latach przepychanek pookrągłostołowych.

— Po… co?

— Ok. Zacznę od początku, ale uprzedzam, że to potrwa — Gloria skinęła głową, że jest gotowa na wykład z historii. Bernard przedstawił jej dzieje Polski od pierwszego rozbioru, aż do czasu, kiedy stała się najważniejszym krajem Europy, odzyskując pozycję serca i ostoi cywilizacji łacińskiej. Trwało to dość, żeby obcokrajowiec niemający z Polską nigdy żadnego związku, odczuł dyskomfortowe znużenie. U Glorii Bernard nie dostrzegł podobnego stanu, czym dziewczyna bardzo mu zaimponowała.

Kiedy wreszcie skończył, Gloria czuła, że zasłużyła na buziaka. Dość już poświęceń, dość oczekiwania! Najwyższy czas zdobyć serce Bernarda. W końcu właśnie po to dzisiaj przyszła do Sunshine Red. Zbliżyła głowę, wychyliła smukłą szyję. Była przepiękna! Nikt nie zdołałby oprzeć się kobiecie tak wspaniałej, zachwycającej urodą, pewnością siebie, seksapilem. Ich spojrzenia się spotkały. Oczy ciągnęły go do jej ust, wyraźnych, kształtnych, delikatnie rozwartych, świeżych, wilgotnych, różowiutkich!

— Przepraszam cię Gloria — Bernard był zadziwiająco zdyscyplinowany. Zupełnie nie zareagował na jej jednoznaczne zachowanie. Mężczyzna, który odmówił sobie takiego wdzięku i słodyczy, musiał wykazać się wręcz niewyobrażalnym wytężeniem siły woli. — Przepraszam cię — jego słowa zakuły ją bardzo głęboko, niczym długa szpila wbita w serce, raniąca godność i dumę. — Nie mogę odwzajemnić twojego zainteresowania. Nie w taki sposób. Jesteś wspaniałą, przepiękną dziewczyną, ale ja mam w Polsce swoją wielką miłość. Ma na imię Laura. Bardzo ją kocham, nie mógłbym jej skrzywdzić, mam nadzieję, że mnie rozumiesz?

— Ok. To musi być wspaniała dziewczyna, skoro wolisz ją ode mnie — bardzo chciała zareagować jak najmniej emocjonalnie. Niestety głos jej się łamał i nie było sensu ciągnąć dłużej tej sceny. Wielka pani własnej Historii dostała kosza od gościa którego sama wymyśliła. Naprawdę? — Wiesz co? Właśnie sobie o czymś przypomniałam. Muszę już iść — wstała i wyszła. Po prostu. Cała ta noc była w porządku. Bawiła się świetnie, chyba najlepiej od dawna. Wypad z własną ekipą do Corvine Bay nie był z pewnością tak fajny, jak dzisiejsza impreza i koncert w Sunshine Red. W ogóle szok! Jak to się wszystko dziwacznie potoczyło? Niewyobrażalne było, żeby w jej własnej Historii działy się podobne rzeczy! Czy taki był wynik wpływu na zdarzenia innego źródła stwarzania pod postacią charyzmatycznego Gustava?

Z daleka wyglądał na lidera, człowieka sukcesu, szatańsko inteligentnego i przystojnego, wiodącego prym, bezkompromisowego, a zarazem na sprawiedliwego przywódcę.

Przy bliższym zapoznaniu okazywał się być szalonym idiotą, beznadziejnie zakochanym w swojej wizji świata, plastikowym, sztucznym śpiewakiem i grajkiem. Kimś, kto konsekwentnie brnie w ślepą uliczkę własnych fantazji, gdzie nie sposób odnaleźć niczego wartościowego. Prawdziwy Ikar.

Przy głębszej próbie zdiagnozowania przypadku, zbliżeniu niemal namacalnym, transcendentnym, w mistycznym zrozumieniu wszechświata, a zarazem w istocie własnej wyjątkowości, stawał się wysoce ponadprzeciętnym, wręcz nieuchwytnym, wybitnym Artystą, którego każdy oddech naznacza niemal świętością całą otaczającą go przestrzeń. Dzięki niemu, a raczej za jego sprawą, trawa zieleniła się na trawnikach w miłosnym uniesieniu, najwyższej adoracji Słońca, deszczu i Ziemi. Duch Gustava był zarazem doskonałością nieszczęśliwego kochanka, jak i spełnionego męża i ojca swego najwyższego z dzieł: Kapitana Ramzesa.

On był wypełnieniem zobowiązań, nadzieją i chwałą, spełnieniem absolutnym, a nade wszystko Symbolem. Wiarą ucieleśnioną, wykutym w złocie obrazem ziszczonych marzeń. Żaden człowiek nigdy w historii Całości nie dysponował tak potężną mocą. Gustav nie tylko władał żywiołem, lecz przede wszystkim on go tworzył. Był bryłą odrębności, na tle chaosu tak wyraźną, jak wystrzał armatni w cichy poranek, jak orgazm, budzący rozkosznym gwałtem ze snu, niczym niespalający się Płomień, trwający w spektakularnym festiwalu, manifestacji potęgi nieprzejednanej, niewysłowionej, boskiej.

Tyle Gloria potrafiła o nim powiedzieć. Dlaczego zatem go nie pokochała? Skoro był tym wszystkim, dlaczego więc kruche serce niewieście nie było skore do żaru na wieki do tego jedynego, charyzmatycznego indywiduum? Odpowiedź była nad wyraz prosta. Ponieważ on jej na to nie pozwolił. Był na wyższym stadium doskonałości. Jego Historia pełniła funkcję nadrzędną nad jej egzystencją nieprzeciętną wśród przeciętnych… Rozumiała taki stan rzeczy i godziła się z nim bez najmniejszej nawet wątpliwości. Nie mogła jednak pozostać na to nieczuła. Złamane serce, uszczypnięcie odrzucenia przez Bernarda, doskwierało o wiele mocniej, niż mogła by sobie tego kiedykolwiek życzyć!

Tym oto sposobem Gloria odczuła niczym niezmąconą potrzebę rozwoju swojej osobowości. Odnalazła cel: osiągnąć wielkość choćby dorównującą Gustavowi. Nie mogła pozwolić, aby ktokolwiek miał większą moc oddziaływania na rzeczywistość od niej samej. Nie sztuką było przecież pokierować własną Historią. Obecnie wyzwaniem był wpływ na calusieńką Opowieść, nie wyłączając z niej pijaka, chama i bezczelnie odnoszącego sukcesy obrazoburcy — geniusza Sztuki Najwyższej i Absolutnej.

Gloria nie pamiętała powrotu do domu. Przed zaśnięciem włączyła sobie piosenkę Kapitana Ramzesa. Słowa Gustava zaprowadziły ją ku dogłębnemu zrozumieniu sedna jego istnienia. Charyzmatyczny wokalista śpiewał słowa podmiotu lirycznego najwyraźniej kierowane do samego siebie, tyle, że znajdującego się w przyszłości.

 

Spotkaliśmy się nigdy,

w wielkiej Wieży z tysiąca słów.

Ja byłem rycerzem pełnym wiary,

Ty byłaś Królową tej odległej krainy,

Tej samej krainy, którą stworzył

Nasz Własny Bóg!

 

Bardzo, bardzo proszę Cię, Proszę Cię, bo Ty już wszystko wiesz,

Dlatego bardzo, bardzo proszę Cię,

Proszę: Nie Zatrzymuj Mnie!!!

 

Byłaś naga w moich ramionach,

gdzieś na krawędzi wszystkich zmysłów,

Obdarta ze swej mocy i obnażona,

Tylko Ty i tylko ja na wiecznej pustyni snów,

Spłacając sobie nawzajem każdy dług,

Splatając nasze dusze i ciała na nowo, znów!

W nieskończonej ekstazie,

doskonałej nieskończenie.

 

Bardzo, bardzo proszę Cię, Proszę Cię, bo Ty już wszystko wiesz,

Dlatego bardzo, bardzo proszę Cię,

Proszę: Nie Zatrzymuj Mnie!!!

 

Nauczyłem Ciebie zmysłu dotyku,

Narysowałaś na mojej twarzy najpiękniejszy znak,

Razem podpaliliśmy nasz wspólny pałac,

po to tylko, by poniósł go wiatr!

Gdybym ja Ciebie nie kochał, a Ty nie kochała mnie,

Byłbym wolny jak wiatr w najpiękniejszym śnie!!!

 

Bardzo, bardzo proszę Cię, Proszę Cię, bo Ty już wszystko wiesz,

Dlatego bardzo, bardzo proszę Cię,

Proszę: Nie Zatrzymuj Mnie!!!

 

 

© Nasycenie Esencją
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci