Menu

Nasycenie Esencją

Punkt widzenia różny od trendów przewodnich. Komentarze dotyczące polityki, obyczajów, socjologii. Własna twórczość artystyczna.

Gloria, rozdział 11. (1)

plandnia

Rozdział 11. Po nitce do kłębka (1)

Wszystko, albo nic.

Śniadanie zjedli wspólnie w Lulilo. Poza Edgarem i Caroline były wszystkie ich pociechy, a także Rose. Zarówno Iza, jak i Krzysiek nie mogli wyjść z podziwu dla swojej przyjaciółki. W niczym nie przypominała złośliwej i szybko wpadającej w gniew wersji z wczoraj. Dzisiejszego ranka była szczęśliwa, pogodna i radosna. Co chwila żartowała, komplementowała Caroline, wychwalała naleśniki Edgara, bawiła się z Astrid i Philem, zabawiała maleńką Olivię. Nawet pomagała przy jej karmieniu i przewijaniu! Coś się działo z Glorią, tylko nie mieli pojęcia co? Mimo pozytywnej atmosfery i ogólnego, dobrego humoru, musieli wyruszać do Defio City.

Gloria przez całą drogę rozpatrywała możliwość porozumienia z Johnem. Pewnie był na nią zły. Nie wiadomo jak zareaguje na telefon? Dziewczyna powtarzała sobie, że to bez znaczenia, jeśli ma ochotę, niech się na niej wyżyje, zwymyśla itd. Najważniejsze było to, żeby odnaleźć trop anioła stróża zanim Xesar nie wkroczy do jej Historii ze zdwojoną mocą.

Gdy udało się dotrzeć do Defio City, było wczesne popołudnie. Słońce jaśniało na nieboskłonie niepodzielnie władając atmosferą. Delikatny wiatr szumiał nieśmiało liśćmi drzew, które powoli traciły swoje stare płaszcze. Podświadomie czuć było, na samym dnie serca, gdzieś w kościach, że czas nadciągającej zimy zbliżał się nieuchronnie. Póki co jednak, klimat jaśniał wspólnotą przestrzeni wypełnionej jasnością, ciepłem i pogodą ducha. Zajechali przez Self Street na Karmelową. Wysiedli, szybko pokonali schody. 19/5. Klucze zachrzęściły w zamku. W mieszkaniu pachniało lazanią. Czas obiadu.

— Benedykt? — zapytała Iza.

— No? — odpowiedział jej głos chłopaka z kuchni.

— Gotujesz? — zdziwiła się dziewczyna.

— No! — wydukał ze śmiechem.

— Kurde, stary! — zawołał Krzysiek zaglądając do kumpla. — Ale się u ciebie pozmieniało! Ty naprawdę gotujesz!

— No przecież mówię, że gotuję — odparł Benek. — Margaret przychodzi na kolację. Wszystko musi być tip top non stop.

— Uuuuuu! — z zachwytem westchnęła Iza. — A to jest jakieś pyszne, sądząc po zapachu…

— Dostaniecie porcyjkę. Przetestujecie, czy wszystko wyszło w porządku, ok?

— Na nas możesz liczyć — zapewnił Kris. — Gloria? — rzucił pytanie w korytarz. Wichrzycka już siedziała u siebie. — A ty?

— Ja też! — usłyszeli głośną odpowiedź.

— Gloria szuka ukochanego — Iza wyjaśniła przyciszonym głosem. Przyglądała się, jak z mąki, masła i mleka na patelni w rękach Benedykta powstaje beszamel. Najpierw przybrawszy formę zasmażki, rozprowadzony mlekiem, rozrzedził się, aby mieszany i nieustannie podgrzewany, w końcu zgęstniał w ostatecznej formie lepkiego, puszystego, białego sosu o przyjemnym zapachu.

— Cała tajemnica to właściwe proporcje masła, mąki i mleka — wyjaśnił Benedykt. — I co? Nie znalazła?

— No znalazła tego Johna, pamiętasz go?

— Chłopak z baru? Jasne, pamiętam. Dał w mordę temu Karlowi, przynajmniej tak mówiliście.

— Bo tak było — odpowiedziała Iza. Z korytarza dobiegł jakiś szmer. — A jakie przyprawy dodajesz do beszamelu?

— To co się stało, że go teraz nie może znaleźć? — zapytał Benek.

— Pokłócili się, a teraz Gloria zrozumiała, że popełniła błąd i w sumie sama nie wie gdzie tego gościa w ogóle szukać.

— Nie przeszkadzam? — usłyszeli za sobą dobrze znany głos przyjaciółki.

— Dodaję — odpowiedział Benedykt całkiem poważnie do Izabelli — sól, biały pieprz i gałkę muszkatołową — Gloria się zaśmiała, Kris nie wytrzymał, Iza też nie. Po chwili cała czwórka wybuchła w jednym wspólnym napadzie wesołości.

— Nie gniewam się — wciąż śmiała się Gloria. — Wiem, że rozmawiacie o mnie, bo chcecie mi pomóc.

— Owszem — odparł Benek ocierając łzy. — Zapomniałaś, że jestem szpecem od kompów?

— Nie zapomniałam.

— A Kris chodził z Johnem do liceum. Pewnie wiesz o nim trochę więcej, co nie?

— Co masz na myśli? — zapytał Kris.

— No nie wiem, może wiesz z kim się kumplował tak troszkę bliżej, albo, gdzie mieszkają jego rodzice?

— Kurde, Benek, ty jesteś genialny.

— No, Krzysiu extra. Jak już powiesz coś z sensem, to nie można się z tobą nie zgodzić — zażartował Benek.

— Dobra — odezwała się Gloria. — Zrobicie to dla mnie? Muszę go znaleźć, to sprawa życia i śmierci.

Po chwili kuchnia zamieniła się w artystyczną pracownię. Pod przewodnictwem Benedykta trójka pozostałych przyjaciół dopilnowała, aby w żaroodpornym, pojemnym naczyniu nasmarowanym uprzednio masłem wylądowały kolejne warstwy beszamelu, płatów makaronu, sosu bolognese z mielonym mięsem i tartego żółtego sera. Wszyscy dobrze się bawili. Benek tak nimi pokierował, że nie tylko mieli świadomość wspólnego działania, ale jeszcze i odprężenia. Nie trwało to zbyt długo. Nie zabrakło jednej, czy dwóch chwil celowego, bądź niezamierzonego gapiostwa, co wywoływało spontaniczne wybuchy śmiechu. Na tyle poszło dobrze, że i zmywanie zaliczyli razem. Dzięki temu Benek został odciążony, a mozół przeciętnej czynności przemknął prędko i bezboleśnie. Szybciej też przeszli do poszukiwania informacji o Johnie Goodloud’zie.

— Ok. Zaczynamy — krzyknął Benek. Rozsiadł się w wygodnym, skórzanym fotelu przed ekranem monitora. — Może ty zaczniesz Gloria? — zapytał.

— No dobra. Jak się poznaliśmy pracował w Doyley Grunge. To taka firma kurierska.

— Świetnie. Znam ich. Zaraz wejdę na ich stronę i…

— Chyba nie będzie tam informacji personalnych o pracownikach? — zapytał Krzysiek.

— Zapominasz kolego, że tatuś jest czarodziejem? — puścił mu oko i całuska. Głośno przy tym zarechotał.

— Aż mnie strach przeszedł. Margaret na pewno jest dziewczyną? — towarzystwo zachichotało. Benedykt skoncentrował się. Na jego czole wyszła podłużna bruzda wyraźnie dzieląca pucułowatą twarz na dwie połowy.

— Mam dziewczyny! — krzyknął zadowolony. — John Goodloud, pseudonim Goodstuff!

— Jest adres? — dopytywała się Gloria.

— Owszem, ulica Spokojna 2b. To dzielnica domków, wiecie gdzie to jest?

— Ja wiem — odezwała się Iza. — Paula tam mieszka, ta moja kumpela, Gloria znasz ją już — dziewczyna skinęła przyjaciółce. — Tam mieszkają dziani ludzie. Nie sądziłam, że John będzie mieszkał w takiej dzielnicy.

— Ja też nie — przyznała Gloria. — Nie rozmawialiśmy o tym wcześniej. Mieliśmy inne tematy — dziewczyna odrobinkę się zawstydziła. Od hipnotycznej sesji w Lulilo, coraz mniej uświadamiała sobie autokreację rzeczywistości. Brak intencjonalnej, aktywnej realizacji stwarzania Historii pozwalał jej na bliższy kontakt z innymi osobami. Przecież te „osoby” to nic innego, jak jedynie jej własne, spersonifikowane interpretacje możliwości zachowań, studium przypadków… Pogrążanie się w iluzji autentyczności życia było całkiem przyjemne i, co najważniejsze, nie oddzielało postrzegania ogółu od niewygodnego wyszczególniania prawdy na właściwą, urojoną oraz „zbyt dalece idącą”. Odkąd dziewczyna poznała sekrety kontroli otoczenia, nieustannie zmagała się z myślą o granicy własnych możliwości, a tym samym miała wrażenie doświadczania obłędu. Być może nie w pełnej krasie, mimo to samo się ocieranie o podobne zjawisko z pewnością nie dodawało skrzydeł. Teraz, skupiona na życiu w formie takiej, jaką realizują jednostki przeciętne, zaznawała pełni zrozumienia, że jest to empiryzm nie tylko wygodny, ale przede wszystkim właściwy. — Spokojna 2b?

— Tak — otrzymała odpowiedź.

— Mam już cel. Dzięki Benek! — pocałowała przyjaciela w policzek. — Ma szczęście ta twoja Margaret.

 C.D.N.

© Nasycenie Esencją
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci